Mam jutro.
45-te.
Życzenia, gratulacje, okrzyki radości mile widziane a nawet oczekiwane.;-P
I sobie robię tort, taki z masą ze śmietanki kremówki wymiksowanej z galaretką.
I se pierdykne, a właśnie, że tak - 45 świeczek!
Smród bedzie, jak cholera przy dmuchaniu, ale oj tam... Raz się żyje.
* * *
Mój scenariusz rozwija się w kierunku przez nikogo nie planowanym .
Właśnie zaczynam się zakochiwać.
W kim?
W SOBIE!
To jest fascynujące i zaskakujące.
Kocham również swoją grupę i naszego terapeutę.;-P
No dobra, ale tak naprawdę to najsampierw kocham siebie. To jest bardzo wzruszające. Nawet teraz mam łzy w oczach, jak o tym piszę. Nareszcie to się dzieje! I naprawdę zawdzięczam to w równym stopniu sobie, co i ludziom na grupie i terapeucie. Patrzę się na to, jak oni mocują się ze sobą, jak się zmieniają i ...ja też tak chcę! A zmiany dzieją się również dzięki pytaniom, jakie zadaje Andrzej (terapeuta) i odpowiedziom na nie, których sobie udzielamy. Fantastycznie jest móc obserwować ten proces i go doświadczać.
Pracuję, ale to już na własną rękę, nad wyszukaniem i zmianą moich najbardziej pierwotnych wdruków. Moim faworytem jest:"Nie mam siły żyć.", potem zaś: "Nie jestem dość dobra.", a następnie: "Nie mam siły walczyć". Robię ćwiczenia z książki pt. "Terapia otwartego serca". Dużo wrażeń, czasem aż za dużo i nie zawsze przyjemnych, ale jestem zdeterminowana - teraz albo nigdy.
Za parę tygodni mam warsztaty dotyczące mojego stosunku do pieniędzy, bo i to jest do całkowitej zmiany.
Co do mojego faworyta a propos wdruków czyli "Nie mam siły żyć", to doświadczanie tego, co mi to przekonanie robi, jak bruździ w życiu i jest przyczyną moich stanów depresyjnych odkąd sięgam pamięcią, powoli doprowadza mnie mnie do wniosku, że to raczej nie jest moje i Hellinger kłania się w pas. Może powielam jakiś skrypt rodzinny? Ale to tylko jedna z opcji. Pogrzebiemy w tym - zobaczymy.
Amoryczny rozczula mnie swoją chęcią do współpracy nie tylko na niwie łóżkowej. Nie jestem przyzwyczajona do tego, że otwarcie wyrażam swoje potrzeby ( w sensie, że miło by mi było) i ktoś to bierze pod uwagę. Jest fajnie, szczerze i spokojnie (po paru burzach).
A ja? Ja, a przynajmniej część mnie - ma ochotę spierdalać, po co mi seks bez miłości i związku, nie chce mi się itp. Druga część mnie wie, że to mój odruch samosabotażu, że ja po prostu nie umiem funkcjonować w sytuacji współpracy, spokoju, bo nigdy ich nie doświadczyłam. Jako typowe DDA jestem przyzwyczajona do silnych huśtawek emocjonalnych i tylko w takich niepewnych warunkach umiem funkcjonować. Spokój, wyrażanie swoich potrzeb, ich respektowanie i realizowanie, kochanie siebie i dbanie o siebie i bycie zadowoloną z tego - jest mi obce. Nie wiem, co z tym zrobić, przyzwyczajona do tego, że wszystko, co dobre musi się skonczyć. Wyczaiłam, że boję się otworzyć, kochać, być kochaną. Boję się nawet mieć tyle pieniędzy, ile mi potrzeba. Boję się bo ... Nie wiem, jak to jest. To sytuacje zupełnie mi nieznane. Nie wiem, kim bym mogła być, jak będę kochana, bezpieczna finansowo za pomocą własnej pracy. To wielka niewiadoma. To, co znam najlepiej to bycie ofiarą. Ofiarą rodziny, samej siebie, okoliczności, losu. W tej roli wiem, jak się zachować i co myśleć. To bezpieczne i znane.
Ale nie chcę już tak. To, co zrobiłam z podejściem do siebie przez 3 miesiace terapii, daje mi gwarancję stałej zmiany. Daje mi realne szanse na bycie coraz bardziej zadowoloną i spełnioną w życiu. I nie zrezygnuję. To zbyt fascynujące i zaskakujące. Wreszcie mamokazję wprowadzić w życie wszystko to, czego się nauczyłam przez 5 lat świadomej pracy ze sobą. Rozwaliłam ostatni mur. Jestem WOLNA! Teraz jeszcze się tylko chcę nauczyć korzystać z tej wolności i nie bać zmian, nawet jeśli (o zgrozo!) miałabym mieć wszystko to, co mi potrzebne.:-PPP
P.S.
Właśnie czytając (w ramach korekty i nowego szablonu) po raz kolejny swoją notkę, doznałam olsnienia! Już wiem dlaczego tak emocjonalnie reagowałam na ostatniej grupie na sformułowanie "Mam poczucie straty." Trochę to zagmatwane, ale sens jest taki, że boję się i nie ufam stanowi, w którym jest spokojnie i dobrze, bo mam silne przekonanie, że to się napewno skończy. A jak się skończy to mnie będzie bolało. Bardzo bolało. A moim nadrzędnym celem jest chronić siebie przed bólem. Po prostu boję się bólu związanego ze stratą. Podświadomie wolę nie mieć nic, bo to dla mnie łatwiejsze do zniesienia niż mieć i stracić. Hmm...