Źle się czuję. Fizycznie i psychicznie.
Psyche mię się rzuca na ciało i: od wtorku puchną i bolą mnie łydki oraz napierdala kręgosłup od siedzenia przez 8h na stylowej sofie i równie stylowym krześle w pracy ( nie nadających się dla mnie do siedzenia). Od kręgosłupa piszczy mi w uchu, zaczynają mi się problemy z zaciskaniem dłoni. Po powrocie do domu o 19.00 mam zamiast nóg dwie proste kolumny, nabrzmiałe tak, ze mam wrażenie, że skóra mi peknie.
W pawilonie mam 15 st. na górze, i 16-17 st. na dole. Grzejnik, który kupiła szefowa niewiele zmienia - w promieniu 50 cm daje 19 st. i jak włączą centralne w przyszłym tygodniu to też niewiele się zmieni. Bo wejście mam rowno z chodnikiem, bez możliwości zamontowania kotary, budynek nie podpiwniczony, a cała góra ma wszystkie zewnętrzne ściany(3 na 4)w 80% ze starych, wielkich okien, bez możliwości zawieszenia zasłon.
Mój mundurek do pracy przez 6 m-cy będzie wyglądał tak:
-dzinsy (tylko 1 para nie uciska mi lewej nogi pod kolanem, bo jest prawie o 2 rozmiary za duża),
- pod nimi rozciągnięte spodnie od pidżamy ( grubych rajstop nie mogę bo cisną),
- do tego dwa długie średniogrube golfy -czarny i brazowy,
- na to długi sweter też czarny.
- czarne, ortalionowe buty mocno ocieplane na 3 cm podeszwie.
Och, jakże kobieco się czuję w znoszonej, spranej i zasierścionej dzianinie, noszonej będzie już 4 zimę non-stop.
Brak pracy i samotność w niej doskwierają mi równie mocno. Dwie-trzy klientki dziennie, które tylko ogladają i 3-4 mierzenia w tygodniu. I nawet na szydełku nie mogę robić, bo mi palce grabieją. A wysprzątany każdy kat mam tak, że ...
Siedzę i sobie tłumaczę, że ci co pracują na targowisku, na dworze, że oni mają gorzej. Otóż i tak i nie. Mają chociaż klientów i kolegów obok, z którymi mogą zamienić parę słów a nie siedzą bezczynnie.
I tak do kwietnia. Pół roku. Ja pierdolę. Potem już będzie cieplej i jakoś to będzie. Chyba, że mi z nieba spadnie jakaś inna praca.
Jak było ciepło, to szłam na górę, kładłam się na podeście, opierałam nogi o scianę i robiłam takie 3-4 sesje odciążeniowo- relaksacyjne, po 10-15 min., mogłam w kanciapie posiedzieć na stołku i poczytać. Nikt mnie nie widział, nie marzłam i było git. Czasem spacerowałam przed sklepem.
Młody z kolegami maluja jutro jego pokój i wywalają stare meble, we wtorek przyjeżdżają nowe meble, w przyszły weekend się wprowadza a ja... A ja mam doła, takiego obrzydliwego, że nie wiem jak sobie poradzę.
Czuję się taka niewydolna zdrowotnie, kobieco, zawodowo, jako matka.
Znajomy, lepki półmrok rozpiera mi się między żebrami i czuję się tak, jakby już ZAWSZE miało tak być. Robię co mogę - jadę po 20 afirmacji o treści " uwalniam się od potrzeby lęku o mojego syna", maluję się codziennie, czekam aż mi przejdzie. Bo przejdzie. MUSI. Jak zawsze.
W sumie to wszystko rozbija się o brak pracy w pracy, brak kontaktu z ludźmi. Ileż można czytać i robić na szydełku?
No i o pieniądze też się rozbija. Nie mam kasy, żeby naprawić podstawowe rzeczy w domu. Jeszcze oddaję stare długi, za tą cholerną pralkę też. Nie mam kasy, żeby sobie kupić ze dwa -trzy ciepłe, nowe, niesprane ciuchy do roboty. Nie mam kasy na p. Rafałka co mi regeneruje kręgosłup. Leki są ważniejsze.
Chyba sobie Deprim forte kupię, tylko nie wiem, jak on się ma do Tanakanu ( miłorząb), bo np. biorąc heparynę w jakiejkolwiek formie Tanakan muszę odstawiać, a to mi niedobrze robi na koncentrację.
Kurwa - muszę coś wymyślić, bo nie wiem, jak długo tak pociągnę. Nie chcę iść na zwolnienie, lubię te moje szefowe a to nie ich wina, że mam zryty kręgosłup i nóżki, tak? Wytrzymam, ile dam radę. Muszę. Nie mogę być bez legalnej pracy. No nie mogę.
P. S.
Jak gotuję to lepiej się czuję. Sporządziłam chłopcom sos do spaghetti z 80 dag karkówki, 3 puszek pomidorów krojonych, jednej dużej podsmażonej cebuli oraz 50 dag pieszczarek też podsmażonych. Do tego sól, czosnek, pieprz grubo mielony oraz bazylia otarta.
W tzw. międzyczasie doszłam do tego, co mnie zaburza w 50%, i że popełniłam tą rzecz znowu, po paromiesięcznej przerwie - źle se policzyłam i za dużo wydałam na prezenty po 100zł)dla córki i dla chrześnicy. Tzn. w ogóle nie powinnam ich robić w tym miesiącu, bo i moje minimum kosmetyczne uzupełniałam na 2-3 m-ce za 140 zł, i leki za 80 zł, i 350 zł oddałam za pralkę, i zaszalałam i bilet MPK za 98 zł kupiłam i zostało mi po 70 zl na tydzień. Rozeszło się, bo od sierpnia brałam po 400zł zaliczki, żeby przeżyć.
Drugie 50% zaburzeń funduje mi stosunek mojego syna do szkoły i kilkudniowy, stały ból nóg. A... no i 2 dzień jestem sama w domu, bo Młoda wyjechała.
Ale nienienie - zesram się a nie dam się.
Jeszcze się tylko wyryczę i ... jutro pójdę na miting Al-Anonu. Dawno nie byłam, ale tam matki w różnym wieku i z różnymi niewydolnościami obecnymi i byłymi, zawsze potrafią wesprzeć i przytulić.
P.S. 2
No to jak poszłam i zaczęłam ryczeć, to ryczałam do 4.30. Pospałam 3,5 godzinki, poszłam do pracy. Wróciłam zjeść spaghetti, zostawiłam chłopaków samych i zamiast na miting pojechałam do przyjaciółki, gdzie ryczałam i smarkałam jeszcze przez godzinę. Oraz zostałam na noc gdyż panowie się nie wyrobili i kończyli dziś tj. w niedzielę rano.
Pokój wymalowany, tylko jeszcze trza brzeg ścian z sufitem ładnie malnąć, to mu się sama oferowałam, ze zrobię.